RSS
sobota, 26 lutego 2011
sprzedam kawałek życia

Siostro siostro!

 

Ku zaskoczeniu wszystkich dookoła i siebie samej, przeprowadzam się. Przychodzi taki moment w życiu kobiety, kiedy może albo odnowić mieszkanie, albo kupić nowe. Ja wybrałam tę drugą opcję.

Z pięknego i malowniczego Zawodzia przenoszę się na katowicką 5th Avenue (czyli Chorzowską) z widokiem na Central Park (czyli WPKiW). Taka teraz będę luksusowa! A co!

Co prawda ten luksus jest mocno na kredyt, ale nie przeszkadza mi to snuć wizji wspólnych pikników i joggingu w parku, do którego będę mogła chodzić z Suchecką i Kałużą, które już niedługo będą moimi sąsiadkami. Stała się bowiem taka dziwna sytuacja, możliwa tylko w bardzo tandetnej literaturze dla neurotycznych nastolatek, że oto trzy psiapsiółki zamieszkają tuż obok siebie. Nie wiem, z kim Kałuża ma układy (Jezus, Allach i Budda raczej odpadają, czyżby więc Miłosza trzeba było ogłosić nowym katolickim świętym?), ale wymodliła sobie (oby to nie była jedna z tych modlitw spełniających się na złość modlącemu J ) że zamiast do Warszawy przeprowadzamy się na tauzena.

Zanim to jednak nastąpi, musimy się pozbyć naszego ciepłego gniazdka, w którym tak dobrze nam się mieszka.

 

Niżej wklejam kilka zdjęć z naszej wczorajszej sesji. Kto z was jeszcze nie był w moim mieszkaniu, może zobaczyć, co traci i pospieszyć się, żeby zdążyć na kawę i niepowtarzalną panoramę północno-wschodnich Katowic.

 

czwartek, 10 lutego 2011
Jak przeżyć walentynki!

Siostro! Siostro!

Od dłuższego czasu jestem zasypywana przeróżnymi newsletterami odnośnie działania święta z mięśniem sercowym w tle. Nie pozostało mi więc nic innego jak zebrać najciekawsze pomysły na spędzenie tego dnia. Wszystkim, którzy chcieliby skorzystać z bezcennych rad i oddać się kompletnemu szaleństwu polecam niezawodny plan walentynkowego dnia.

Godz. 8.00

Dzień dobry!

Czas na śniadanie. Oczywiście wcześniej trzeba czymś zaskoczyć...

Pyszności do wyboru na słodko...

 

lub słono

Oczywiście jeżeli nie mamy czasu na tak wykwintne śniadanie nie należy się przejmować, możemy odbić sobie obiadem lub kolacją.

Godz. 9.00

W pracy nie należy udawać, że walentynki nas nie obchodzą nawet jeżeli nie mamy drugiej połowy, którą moglibyśmy zmolestować obciachową kartką lub kupionym w biegu pluszowym sercem z koronkową falbanką. Przecież wyrazy naszej wielkiej miłości możemy wyrazić wobec naszym pupilów, kupując im kawałek smakowitego gnatka lub ulubioną wędzoną rybkę.

Godz. 13.00

Lunch time z czerwonym burakiem (nie mylić z nielubianym kolegą lub nie daj Boże z szefem).Oto wysmienita saładka prosto od Marthy

i przepis http://www.marthastewart.com/good-things/sweetheart-salad?backto=true&backtourl=/photogallery/romantic-dishes#slide_22

Godz. 18.00

Oczywiście po całym dniu pracy czas na wypoczynek i porządną kolacje po delikatnej lunchowej sałatce w czerwonym kolorze. Kurczak będzie idealny.

Wygląda bardzo obiecujaco dlatego dorzucam przepis http://www.marthastewart.com/recipe/cayenne-rubbed-chicken-with-avocado-salsa?backto=true&backtourl=/photogallery/quick-chicken-recipes#slide_2

I oczywiście koktajl dla pań

http://www.marthastewart.com/recipe/manhattan-drink?backto=true&backtourl=/photogallery/classic-cocktails#slide_3

Dla panów proponujemy Gin

http://www.marthastewart.com/recipe/lychee-martinis?backto=true&backtourl=/photogallery/gin-cocktails#slide_8

Godz. 20.00

Film to podstawa w walentynkowy wieczór jeśliś singiel or not. Wybór jest olbrzymi.

Dla fanek Patrica

Dla tych co lubią Londyn.

I tych lubiacych Alpejskie klimaty.

Można także skorzystać z uprzejmości kina. W zamian proponujemy: degustacje win z przekąską, testowanie nowej wersji Sing Star lub Need for Speed, Scrabble albo po prostu przytulanie!

Czego wam życzymy!

Have nice Valentines Day!!!

 

21:53, mariablazynska
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 stycznia 2011
Tysiąc spokojnych miast

 

Siostro, siostro!

tytuł mojego dzisiejszego wpisu jest wzięty od Pilcha, którego książka robi tyleż niespodziewaną co błyskotliwą karierę w USA, jednak nie ma z nią nic wspólnego, z tej prostej przyczyny, że jej jeszcze nie czytałam. Moja pilchowa faza skończyła się zanim jego dzieło ujrzało świat. Niemiej jednak nie mogłam się opędzić od tej frazy, gdy w ciągu ostatnich tygodni przemierzałam Polskę tak archaicznym (no dobrze, niech będzie oldschoolowym) środkiem transportu jak PKS. Obraz, jaki wyłania się zza szyb autobusu, jest dziwie inny niż widziany z okien samochodu osobowego, o pociągach nie wspominając.

Jakiś czas temu zrobiono ranking najbrzydszych dworców PKP w Polsce. Wiadomo, że o palmę pierwszeństwa walczył Centralny z Warszawy i Główny z Katowic. Jak zwykle wygrała warszawka. Jestem przekonana, że wielu Ślązaków tym razem jeszcze bardziej niż zwykle upatrywało w tym werdykcie spisku tuzów ze stolicy, którzy zawsze traktowali Śląsk po macoszemu i znajdowali przyjemność w udowadnianiu, że Warszawa jest lepsza. Teraz jednak cały ten ranking diabli a raczej buldożery wzięły, które zrównały katowicki dworzec z ziemią, pochłaniając łapczywie betonowe kielichy jakby były zrobione z kruchego szkła. Dworzec w Warszawie został na dobry początek porządnie umyty i ten znany od lat zabieg upiększający po raz kolejny zdziałał cuda. Polska pięknieje, chciałoby się westchnąć kolejnym sloganem, ale to tylko pozory. Nie ma miejsc brzydszych niż dworce PKS. W Warszawie Dworzec Zachodni wygląda tak, że aż dziwne, że jeszcze nie został przekształcony w muzeum PRL-u. wystarczyłoby postawić bramki i pobierać opłaty – zachodni turyści mogliby wreszcie odkryć zgubiony klimat tego miasta. Gorzej z Dworcem Wschodnim. Wiadomo, na wschodzie tak zawsze – nie dość że relikt, to na dodatek otoczony hałdami brudu i śmieci, a to wszystko półtora kilometra od rosnącego w siłę i piękno nowego stadionu narodowego.

 

No i pojechałam dalej. Za oknami rozgrywał się czarno-biały film polskiej zimy. Dojechałam do Lublina – to dopiero wschód!

Kierowca ogłosił 50 min przerwy. Z niedowierzaniem przeciągnęłam kości i postanowiłam pójść w miasto. Co za miła niespodzianka! Po slalomie między sprzedawcami szmuglowanych z Ukrainy papierosów i dość legalnie eksportowanych z Chin biustonoszy we wszystkich kolorach skali RGB i CMYK dotarłam na stare miasto. Jak tu miło. Małe ciasne uliczki skrywają knajpy i galerie, w których nie tyko kwitnie życie artystyczne, ale też można się napić taniego piwa i kawy. Ani jednej sieciówki. Nie wiem, jak się udało uchronić to miejsce przed coffe heven i makdonaldem, ale wyczyn ten zasługuje to na Order Orła Białego bez mała.

 

Następnego dnia, jak wiesz, bo byłaś ze mną, ruszyłam dalej, tym razem wygodniej, bo już nie autobusem, tylko wypasionym oplem, od czego zresztą nie zrobiło się za oknem bardziej kolorowo. Temat wyprawy też nie był zbyt optymistyczny, bo szukaliśmy śladów przedwojennego współistnienia trzech kultur na naszym pograniczu.

Pierwszy przystanek – Tarnogród – miasto tak małe, że z głównego ronda widać całą miejscowość. Ma się wrażenie, że gdyby przyszedł ktoś naprawdę wysoki, mógłby leżeć głową w kościele a nogami w cerkwi, zahaczając ramieniem o synagogę.

Grupa prawosławnych pozostała w miasteczku.

Po Żydach został budynek świątyni, przekształcony modą stosowaną w całej okolicy w bibliotekę. Kilkadziesiąt metrów dalej znaleźliśmy tajemniczą uliczkę zakończoną pamiątkowym nagrobkiem. Niestety napis był zasypany śniegiem, porośnięty mchem i na dodatek po hebrajsku, więc niewiele się z niego dowiedzieliśmy.

Kolejny przystanek to Leżajsk – miasto piwa, bernardynów i grobu cadyka Elimelecha. No i jeszcze miasto dwóch rond: prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Jana Pawła II.

W kategorii małe żydowskie miasteczka na wschodzie z pewnością wyprzedza swoich sąsiadów w ilości atrakcji turystycznych i ogólnego wrażenia estetycznego.

Droga powrotna wiodła mnie przez dworzec w Biłgoraju, na którym cztery lata dojeżdżania do Biłgoraja stanęły mi przed oczami jak żywe, bo nic się w tym miejscu od tego czasu nie zmieniło. Potem był przystanek w jakimś małym nadwiślańskim miasteczku, o którym zapomnieli chyba wszyscy oprócz kierowcy mojego autobusu.

Ostatnim punktem w mojej małej Odysei był Kraków, gdzie miałam przesiadkę. Kraków, jak to Kraków, nawet dworzec PKSu ma nieprzyzwoicie estetyczny (w kategorii dworce PKS oczywiście).

Wróciłam. Home sweet Home! Dzisiaj mi odpadł kolejny kawałek tynku z sufitu. Zna ktoś dobrego budowlańca od wykończeniówki?

poniedziałek, 24 stycznia 2011
Tajemnica ciasteczkowych pudełeczek cd

Siostro! Siostro!

... kończę podjęty temat pudełeczek. Ale najpierw kilka zdjęć.

Takie oto cudo z dziurką udało nam się wyprodukować.

Oczywiście było to jedno z wielu, które udało nam się upiec poprzedniego wieczoru.

Jak na prwadziwą manufakturę przystało ręcznie robione słodkości i oczywiście pudełka. 
Bardzo pomocne okazało się opakowanie po herbacie Teekane Winter Time. 
Wystarczyło je rozłorzyć, przerysować na karton a potem wyciąć.
Jeżeli szukacie odpowiedniej polewy na ciastka to polecamy czekoladę. 
Wtedy najlepiej rozpuścić ją w misce, którą umieszczamy nad gorącą wodą. 
Nie wrzucamy do mikrofalówki, bo możemy wywołać pożar lub eksplozje smaku!!!
Puszczając wodzę fantazji użyłyśmy różnych dodatków jak kandyzowana skórka z pomarańczy, suszone figi, orzechy, midgały.
Znalazły się też egzotyczne elementy jak suszone mango (żółte paski) i guawa (pomarańczowe paski). Cudo!

Oczywiście niezastąpiona okazała się posypka Dr Oetker. 
Dziurkę w ciasteczkach robimy wykałaczką przed pieczeniem. Potem przeciągamy przez nią wstążkę i mamy gotową dekorację na choinkę.

Była to niezwykle przyjemna zabawa. I chyba to nie koniec...
Dla wszystkich tych, którzy chcieli by sami spróbować swoich sił w wypiekaniu słodkości oto kilka przepisów.
Czekoladowo-pistacjowe ciasteczka - http://www.bhg.com/recipe/cookies/chocolate-pistachio-trees/
Cynamonowo-cukrowe ciasteczka - http://www.bhg.com/recipe/cookies/cinnamon-sugar-roll-cookies/
Musli makaroons - http://www.bhg.com/recipe/cookies/fruitcake-macaroons/
Czekoladowe trufle - http://www.marthastewart.com/recipe/easy-chocolate-truffles?backto=true&backtourl=/photogallery/traditional-candy-gift-recipes#slide_11


21:42, mariablazynska
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 stycznia 2011
what a party!

Siostro, siostro,

Jesteś już w Aleksandrowie?

Mam już gotowe zdjęcia z urodzin Jagody. Eh, co to była za impra!

Dla wszystkich niewtajemniczonych - Jagoda to nasza najmłodsza kumpela, która 19 grudnia skończyła dumny pierwszy rok życia, a w piątek wpadłyśmy do niej w odwiedziny, żeby uczcić ten doniosły moment.

Zrobiłyśmy z Manią na tę okoliczność specjalne jagodowe muffinki, które – trzeba to przyznać - lepiej wyglądały niż smakowały.

 

 

Mama Jagody, przełamując wewnętrzny opór i wrodzoną niechęć do różu, zamówiła cudownie piękny i zupełnie odjazdowy tort w kształcie jedynki, który (w odróżnieniu od naszych wypieków) smakował jeszcze lepiej niż wyglądał.

 

A solenizantka? Rośnie jak na drożdżach, robi się z niej prawdziwa blond laska, która pewnie swoimi niebieskimi oczami załatwi wiele trudnych spraw (w końcu niedaleko pada jabłko od jabłoni, prawda Agnieszko?;-) ) .

 

Planowałyśmy już od dawna, że w celu kształtowania poglądów i poszerzania horyzontów na roczek kupimy Jagodzie dzieła zebranie Nietschego albo Schopenhauera, ale w Smyku zmiękłyśmy i stanęło na pluszowym smoku. Okazało się jednak, że ona sama najchętniej bawi się plastikowymi butelkami i pałeczką do dziecięcych dzwonków (potocznie zwanych cymbałkami).

No cóż, nie pierwszy to raz, kiedy dzieci okazują się mądrzejsze i bardziej twórcze od dorosłych.

 

wszystkiego najlepszego Jagódko!

23:10, mariablazynska
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 stycznia 2011
Tajemnica ciasteczkowych pudełek

 

Myślę, że nadszedł odpowiedni czas by odsłonić tajemnice produkcji naszych ciasteczkowych pudełeczek. Niektórzy z was mogli się przekonać o ich zawartości. Zabawy było co niemiara. Oczywiście podstawa były najrozmaitsze przepisy, które w dalszej części wpisu będzie można upolować.

Wielkie pieczenie zaczęło się dzień wcześniej. Wybrałam około 5 przepisów różnej maści. Począwszy od czekoladowych pierniczków przez cynamonowe zawijańce, skończywszy na musil herbatnikach. Jeżeli zaś chodzi o ich dekorowanie to puściłyśmy wodze fantazji i dałyśmy czadu.

Mamy oczywiście zdjęcia, które dokleimy jutro. Dzisiaj czeka nas wypaśna impreza u Jagody. Oczywiście relację z tego fantastycznego eventu będzie można zobaczyć u nas na blogu już niedługo.

14:32, mariablazynska
Link Komentarze (2) »
niedziela, 09 stycznia 2011
nasza sesja

Siostro!

 

Happy New Year! Pozostając w tej świątecznej atmosferze, chciałam Ci pokazać kartkę, którą przywiozłam z Namibii.

pocztówka z Namibii

Najpierw miałam ją komuś wysłać, ale przy takiej obfitości znajomych ciężko mi się było zdecydować, kogo nią uszczęśliwić, a potem dopadły mnie wątpliwości, czy może kogoś nią nie obrażę. Im dłużej na nią patrzyłam, tym bardziej kuriozalna mi się wydawała i zamiast bawić, zaczynała smucić. Dla każdego Europejczyka wyjazd zimą do Afryki to doświadczenie surrealistyczne, a nawet z pogranicza science-fiction, bo dopada wtedy takie wrażenie, że jedno z wielkich marzeń ludzkości się spełniło i oto wreszcie możemy podróżować w czasie. Ale ta pocztówka nie jest bynajmniej o podróży w czasie. Nie jest też  o tym, że Mikołajowi sterowniki się popsuły, dzielny renifer tym razem zapił albo GPS nawalił (te scenariusze przerobiło już amerykańskie kino). Ta kartka opowiada historię złego konkwistadora Mikołaja, który po tym, jak zdobył już rynki dalekiego wschodu, a nawet mimo głoszonej wszędzie chrześcijańsko-islamskiej wojny wdarł się na Półwysep Arabski (w końcu ogarnięte gigantomanią Zjednoczone Emiraty Arabskie zaprezentowały w tym roku najdroższą choinkę świata) teraz chce podbijać ostatnie żyjące na swoją modłę plemiona na świecie i wybrał sobie, nie bez przyczyny zapewne, plemię Himba słynące z pięknych kobiet, na dodatek chodzących nago, więc nie tylko konkwistador, ale świntuch zwyczajny!

Mówię Pani, dobrze, że te święta się już skończyły…

 

Teraz, żeby zmienić temat, chciałam się z naszymi czterema czytelnikami podzielić wrażeniami z pierwszej samodzielnej i wspólnej sesji fotograficznej, jakiej dokonałyśmy na pięknej i z pewnością (prawie) świętej rodzinie z Izraela (ależ te święta się przykleiły). Rodzina Botorów (którą serdecznie pozdrawiam w imieniu moim i Twoim) okazała się czteroosobową grupą doskonałych modeli.

Nauczyłyśmy się sporo, pracując z nimi, więc żeby nauka ta nie poszła w las, oto na co obiecałyśmy następnym razem zwracać uwagę:

1. zawsze kontroluj ISO, bo się zagapisz i wyjdzie za duże ziarno

 

rodzina

 

2. nie pozwól modelom występować w skarpetkach, nawet jeśli chwilowo chcesz im robić portret

 

skarpetki

3. jeśli planujesz nagie zdjęcia niemowlaka, każ rodzicom przynieść ubrania na zmianę

plama

 

Kilka zdjęć się jednak udało, więc żeby nasi czytelnicy nie myśleli, że z nas zupełne patałachy, oto mały wybór tych udanych:

cztery

miś

 

leżą

 

walizka

 

linia

 

mama

 

 

ojciec

 

narty

 

balonik

PS @Iza: Twój hełm całkiem dobry jest, właśnie dzięki niesforności włosów. To doskonały przykład wspierania właścicielki przez fryzurę.

wtorek, 04 stycznia 2011

Siostro!

Happy New Year!!! W wolnym tłumaczeniu oznacza, że rok 2011 będzie nowy i wesoły. Cóż za odkrycie! – pewnie powiesz…

Ten slogan wymyślili Amerykanie, a oni, jak wiadomo, optymizm wyssali z mlekiem matki - też wielkiej optymistki, której matka też był naznaczona tą przypadłością, tak jak jej matka, matki babka i prababka i tak dalej, i tak dalej…Więc może lepiej zacząć wierzyć w nowy i wesoły rok. Przecież nigdy nic nie wiadomo. A głupio będzie, jak się uda wszystko, co zaplanujemy, a przy okazji zima się szybciej skończy i nie będzie powodzi latem. Może uda nam się odnaleźć zaginioną fryzjerkę lub odkryć nową? A nasz blog zacznie czytać trochę więcej ludzi niż tylko ty, ja, Iza i Ania (które serdecznie pozdrawiam) Tak więc… Happy New Year!!!

 

Wracając jeszcze do Twojej porażającej historii o wyprawie do fryzjera, postanowiłam zasięgnąć rady internetowego medium GOOGLE. Pomyślałam, że spróbuję rozwiać wszelkie smutki związane z przeklętą przez ciebie fryzurą a la hełm. I oto co udało mi się odnaleźć:

  1. Kategoria: nakrycia głowy

JEST RÓŻOWO, JEST ZABAWA

DLA NAJCIĘŻSZYCH PRZYPADKÓW

NA WIKINGA (z możliwością doczepienia długich włosów)

Siostro! „Hełmofony” nie oszczędzają nikogo zdarza się to także najpopularniejszym pogodynkom i aktorkom

 

  1. Kategoria: pogodynki/aktorki

Ale najgorsze jest to, że to zjawisko nie oszczędziło nawet kota! Zresztą taki hełm przydałby się jego właścicielowi! Myślę że byłby równie zadowolony, co jego pupil.

Nie ma co się łamać! Trzeba poszukać nowej fryzjerki. Może ktoś z naszych znajomych orientuje się w tym temacie!?

22:35, mariablazynska
Link Komentarze (3) »
sobota, 25 grudnia 2010

Siostro!

Oczywiście ciśnie mi się pod palce złośliwość o nadchodzącej starości, ale niestety wobec Ciebie nigdy jej nie użyję. Zarzucanie Ci podeszłego wieku byłoby z mojej strony strzałem co najmniej w kolano, przyznaniem się przed światem, że to, co Ciebie ściga, mnie już z pewnością dopadło.

Na pocieszenie powiem Ci więc, że może grozi ci kuśtykanie, ale przynajmniej z podniesioną dumnie głową, na której masz dobrą fryzurę a’la późna Lady Di, ja natomiast mam hełm, który najlepiej zasłonić czapką.

A zaczęło się tak niewinnie…

Zrozpaczona tajemniczym zaginięciem naszej genialnej fryzjerki pani Ani poszłam na chybił trafił do Hair Design Studio, żeby tam pomogli mojej przerośniętej fryzurze. Początek był obiecujący. Cena – 70 zł za strzyżenie dawała nadzieję na minimalny chociaż profesjonalizm. Na starcie dwie osoby zaproponowały mi coś do picia, więc na odczepne przy trzecim tym samym pytaniu wybrałam herbatę. Okazało się, że strzyc mnie będzie stylistka a nie fryzjerka, co wzbudziło we mnie pierwszy cień wątpliwości. Pani Natalia, mianowana moją włosową opiekunką zaprosiła mnie na fotel do mycia włosów, który w międzyczasie wymasował mi plecy. Popijając herbatę wytłumaczyłam pani Natalii, używając mojego nauczycielskiego, nieznoszącego sprzeciwu głosu, że absolutnie ma mi nie robić hełmu tylko dynamiczną burzę. Po godzinie bez mała rytualnego tańca dookoła mojej głowy, podczas którego szamanka Natalia wymachiwała grzebieniem, maszynką, nożycami, suszarką i całym arsenałem lakierów i innych sprayów zobaczyłam na swoje głowie zawadiacko przechylony na prawo hełm. Zadowolona ze swojego dzieła stylistka powiedziała, że teraz mogę dokończyć moją herbatę. Napój był zimny i pływały w nim włosy, a ja miałam ochotę raczej na coś, w czym mogłabym utopić smutki, niż resztki poprzedniej, bardzo udanej fryzury.

 

Co my teraz zrobimy? Jak będziemy żyć bez pani Ani?

22:09, mariablazynska
Link Dodaj komentarz »
Let's begin & replay

Siostro,

wspaniały wstęp! Taki wzniosły, poruszjący, chwytający za serce. Chociaż mnie chwyciło też za nogę - lewą nogę. A teraz łupi mnie w prawym kolanie. Oby to tylko przesilenie zimowe. A może to już starość???

 

 

 

 

 

21:07, mariablazynska
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2