Blog > Komentarze do wpisu
Tysiąc spokojnych miast

 

Siostro, siostro!

tytuł mojego dzisiejszego wpisu jest wzięty od Pilcha, którego książka robi tyleż niespodziewaną co błyskotliwą karierę w USA, jednak nie ma z nią nic wspólnego, z tej prostej przyczyny, że jej jeszcze nie czytałam. Moja pilchowa faza skończyła się zanim jego dzieło ujrzało świat. Niemiej jednak nie mogłam się opędzić od tej frazy, gdy w ciągu ostatnich tygodni przemierzałam Polskę tak archaicznym (no dobrze, niech będzie oldschoolowym) środkiem transportu jak PKS. Obraz, jaki wyłania się zza szyb autobusu, jest dziwie inny niż widziany z okien samochodu osobowego, o pociągach nie wspominając.

Jakiś czas temu zrobiono ranking najbrzydszych dworców PKP w Polsce. Wiadomo, że o palmę pierwszeństwa walczył Centralny z Warszawy i Główny z Katowic. Jak zwykle wygrała warszawka. Jestem przekonana, że wielu Ślązaków tym razem jeszcze bardziej niż zwykle upatrywało w tym werdykcie spisku tuzów ze stolicy, którzy zawsze traktowali Śląsk po macoszemu i znajdowali przyjemność w udowadnianiu, że Warszawa jest lepsza. Teraz jednak cały ten ranking diabli a raczej buldożery wzięły, które zrównały katowicki dworzec z ziemią, pochłaniając łapczywie betonowe kielichy jakby były zrobione z kruchego szkła. Dworzec w Warszawie został na dobry początek porządnie umyty i ten znany od lat zabieg upiększający po raz kolejny zdziałał cuda. Polska pięknieje, chciałoby się westchnąć kolejnym sloganem, ale to tylko pozory. Nie ma miejsc brzydszych niż dworce PKS. W Warszawie Dworzec Zachodni wygląda tak, że aż dziwne, że jeszcze nie został przekształcony w muzeum PRL-u. wystarczyłoby postawić bramki i pobierać opłaty – zachodni turyści mogliby wreszcie odkryć zgubiony klimat tego miasta. Gorzej z Dworcem Wschodnim. Wiadomo, na wschodzie tak zawsze – nie dość że relikt, to na dodatek otoczony hałdami brudu i śmieci, a to wszystko półtora kilometra od rosnącego w siłę i piękno nowego stadionu narodowego.

 

No i pojechałam dalej. Za oknami rozgrywał się czarno-biały film polskiej zimy. Dojechałam do Lublina – to dopiero wschód!

Kierowca ogłosił 50 min przerwy. Z niedowierzaniem przeciągnęłam kości i postanowiłam pójść w miasto. Co za miła niespodzianka! Po slalomie między sprzedawcami szmuglowanych z Ukrainy papierosów i dość legalnie eksportowanych z Chin biustonoszy we wszystkich kolorach skali RGB i CMYK dotarłam na stare miasto. Jak tu miło. Małe ciasne uliczki skrywają knajpy i galerie, w których nie tyko kwitnie życie artystyczne, ale też można się napić taniego piwa i kawy. Ani jednej sieciówki. Nie wiem, jak się udało uchronić to miejsce przed coffe heven i makdonaldem, ale wyczyn ten zasługuje to na Order Orła Białego bez mała.

 

Następnego dnia, jak wiesz, bo byłaś ze mną, ruszyłam dalej, tym razem wygodniej, bo już nie autobusem, tylko wypasionym oplem, od czego zresztą nie zrobiło się za oknem bardziej kolorowo. Temat wyprawy też nie był zbyt optymistyczny, bo szukaliśmy śladów przedwojennego współistnienia trzech kultur na naszym pograniczu.

Pierwszy przystanek – Tarnogród – miasto tak małe, że z głównego ronda widać całą miejscowość. Ma się wrażenie, że gdyby przyszedł ktoś naprawdę wysoki, mógłby leżeć głową w kościele a nogami w cerkwi, zahaczając ramieniem o synagogę.

Grupa prawosławnych pozostała w miasteczku.

Po Żydach został budynek świątyni, przekształcony modą stosowaną w całej okolicy w bibliotekę. Kilkadziesiąt metrów dalej znaleźliśmy tajemniczą uliczkę zakończoną pamiątkowym nagrobkiem. Niestety napis był zasypany śniegiem, porośnięty mchem i na dodatek po hebrajsku, więc niewiele się z niego dowiedzieliśmy.

Kolejny przystanek to Leżajsk – miasto piwa, bernardynów i grobu cadyka Elimelecha. No i jeszcze miasto dwóch rond: prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Jana Pawła II.

W kategorii małe żydowskie miasteczka na wschodzie z pewnością wyprzedza swoich sąsiadów w ilości atrakcji turystycznych i ogólnego wrażenia estetycznego.

Droga powrotna wiodła mnie przez dworzec w Biłgoraju, na którym cztery lata dojeżdżania do Biłgoraja stanęły mi przed oczami jak żywe, bo nic się w tym miejscu od tego czasu nie zmieniło. Potem był przystanek w jakimś małym nadwiślańskim miasteczku, o którym zapomnieli chyba wszyscy oprócz kierowcy mojego autobusu.

Ostatnim punktem w mojej małej Odysei był Kraków, gdzie miałam przesiadkę. Kraków, jak to Kraków, nawet dworzec PKSu ma nieprzyzwoicie estetyczny (w kategorii dworce PKS oczywiście).

Wróciłam. Home sweet Home! Dzisiaj mi odpadł kolejny kawałek tynku z sufitu. Zna ktoś dobrego budowlańca od wykończeniówki?

niedziela, 30 stycznia 2011, mariablazynska

Polecane wpisy

Komentarze
2011/01/30 23:15:13
serio odpadł?? myślałam, że nigdy nie odpadnie...
piękny tekst o okropnych dworcach. Trzeba chyba szybko uwiecznić zwycięzców: warszawskie i katowicki, bo wielkie sprzątanie mocno je odmienia, a to może być kiedyś bardzo cenny dowód
-
2011/02/03 19:27:23
Ja, jako niedoświadczony użytkownik takich wesołych acz przydatnych atrakcji, nie powinnam zabierać głosu w tej sprawie, gdyż mgliście wspominam większość z nich. Na szczęście, moje wspomnienia nie są aż tak fatalne i dotyczą głównie dworców PKP. Mówiąc o dworcach ogólnie, może jednak nie należało by skupiać się na minusach, które są ewidentne i widoczne gołym okiem, ale poszukać plusów, co z pewnością jest większym wyzwaniem i zmusza do refleksji. Np.: Kiedy został zbudowany taki zabytek-w późnym czy wczesnym komunizmie, w jakim stylu-i czy w ogóle w jakimś, ilu gatunkom zwierzątek zapewnia dach nad głową, ząb czasu czy może jednak ręka wandala doprowadziła go do obecnego stanu, no i oczywiście lokalna sztuka pozostawiona na murach dla potomnych. Można by mnożyć przykłady i wyszukiwać coraz to ciekawsze pomysły do przeanalizowania, wszystko po to aby zatuszować brzydotę, tak misternie zaplanowanych i wydzierganych w swoim czasie, stanowiących dumę i całe jestestwo konstrukcji tak bezczelnie przyciągających uwagę.

A jeśli chodzi o absurdalnie długie postoje, to sądzę, że zamysł tęgiej głowy planującej trasę przejazdu był całkiem sensowny: zwabić jak najwięcej turystów, choćby na chwilę, choćby taki nieświadomy postał przed autobusem - to liczy się sztuka, no bo przecież nikt, na pewno nie zwiedziłby miejscowości nijakiej, z nijakimi atrakcjami i nijaką nazwą. A przez psioczenie i przeklinanie w duchu samego postoju nawet i znienawidzona nazwa miejscowości, w której tak bezsensownie utknęliśmy, zostanie na długo w naszej pamięci. Miałaś szczęście Agnieszko, że nie utknęłaś w Łysołajach, Tumidaju, Zofipolu czy innym miejscu o podejrzanej nazwie, chociaż zgadywanka etymologiczna byłaby równie ciekawa.

Jako że zaczynam brzmieć Hankowato, kończę ten wywód, a że szala sprawiedliwości przechyla się wciąż na stronę minusów, daremnym staje się bronienie tych maszkaronów.